wtorek, 7 grudnia 2010

Melbourne, nasze M2

Hm, piszę tego posta z pewnym wahaniem, bo wiem, że M. się zaraz wkurzy, że zaczynam wywlekać bardziej prywatne sprawy, ale nie mogę się nacieszyć naszym mieszkaniem i okolicą, więc postanowiłam się z Wami tą radością podzielić. Mieszkamy w South Yarrze, sześć minut piechotą od kolejki, która w ciągu kolejnych sześciu zabiera nas do CBD. Dookoła zieloności morze, ptaki, cykady i takie tam.

Samo mieszkanie znajduje się na parterze, z bezpośrednim wejściem z alejki. Idąc alejką po prawej mamy ogródki sąsiadów i nasz, po lewej brzozy a dołem palmowe liście i drobne trawy. Nasz ogródek też lekko zielony, ale miejsca w nim niewiele. Nad nami jeszcze dwie kondygnacje, w sumie jest tu dziewięciu lokatorów. Po przeciwnej stronie budynku jest przejazd i raptem 3 miejsca parkingowe, ale żadne nie należy do nas. Na końcu mały dolepiony składzik i śmietniki, na szczęście szczelnie zamknięte, więc nie ma zapachowego problemu. Wejścia do mieszkań nad nami z galerii, do których prowadzą dwie klatki schodowe - szersza dwubiegowa częściej używana i malutka spiralna.

Samo mieszkanie ma około 40m2, dwa pokoje z aneksem kuchennym i niewielką łazienką. Mieszkanie jest przelotowe, ma okna z obu stron budynku, z salonu na wschód słońca, z sypialni na zachód. Łazienka też ma niewielkie okno i jest całkiem niedawno odnowiona, czysta, nie można narzekać. Oba pokoje na podłogach mają wykładziny, co ma swoje plusy i minusy - szybko się brudzi ale daje miłe uczucie pod stopami. Kuchnia też w miarę nowa, blaty kamienne, na podłodze kafelki. Ciekawostką są ściany - wszystkie malowane na biało z wyraźną fakturą cegły - gładkie jedynie w łazience i kuchni. Mamy dwie spore szafy, udało nam się też do tej pory kupić łóżko z podstawą, stół, 4 krzesła, komody i biurko. Brakuje paru lamp i wygodnej kanapy do salonu, ale to chyba załatwimy w przyszłym roku. Ważne, że mamy koncepcję jak to wszystko ma wyglądać, jest sympatycznie i miło, cicho i przytulnie. Prawie jak w domu. A teraz zdjęcia:

nasza droga na zewnątrz
ten motor stoi tu od zawsze, nie wiem czy ktoś w ogóle nim jeździ
 brzozy przy wejściu na działkę
 powrót wieczorową porą
Toorak Road - idealny na wieczorne spacery

niedziela, 5 grudnia 2010

Melbourne, niedziela w Sandringham

Dziś niedziela i w dodatku pogoda wyjątkowo dopisała, więc korzystając z Sunday Savera wyruszyliśmy z M. na podbój plaży i odkrywanie oddalonych od centrum dzielnic. Sunday Saver to miejscowy system oszczędnościowy, umożliwiający podróżowanie na dowolnych trasach w 1 i 2 strefie miejskiej przez całą niedzielę bez ograniczeń za jedyne 3 dolary. Może to się wydawać sporo po przeliczeniu na złotówki, ale pamiętajmy, że jesteśmy w Australii, gdzie wszystko jest 3x droższe i raczej dla świętego spokoju należy stosować przelicznik 1:1 - czyli nasz całodzienny bilet kosztował 3 złote.

Pojechaliśmy kolejką na południe, wzdłuż brzegu zatoki, cała podróż zajęła nam 25 minut. Wysiedliśmy na małej stacyjce z początku XX wieku, w dzielnicy willowej, z kilkoma knajpkami w bezpośrednim sąsiedztwie stacji i bulwarem nadmorskim wypełnionym rowerzystami. Przejście tej ruchliwej arterii zajęło nam chwilę - między samochodami jakoś byśmy przeskoczyli, ale to niedzielni rowerzyści o sylwetkach atakujących moskitów stanowili prawdziwe wyzwanie!

Plaża okazała się być brudniejsza niż przypuszczaliśmy, wąska - około 50m, z piaskiem o grubej gramaturze i bardzo sypliwym, tak, że chodzenie nawet po samym brzegu było dosyć uciążliwe. Gdzieniegdzie ktoś się opalał, jakiś pan ćwiczył pływanie wzdłuż brzegu wokół palików oddalonych o 100m, byli ratownicy i biegacze, trochę mew i albatrosów, a na samym brzegu sporo wyrzuconych dużych meduz i przezroczystych rogalików, których nie byliśmy w stanie zidentyfikować. Przeszliśmy kawał plaży, a potem wdrapaliśmy się na skałki w okolicach jachtklubu i zawróciliśmy do miasta.

Domy są tu przeważnie drewniane, zdecydowanie bardziej okazałe niż na naszej South Yarrze, działki większe, wszystko mocno ornamentowane i mało architektury współczesnej. Było gorąco, majny śpiewały mimo wszystko, a M. ćwiczył nasz nowy aparat. Potem zjedliśmy drobny lancz w greckiej kebabowni i wróciliśmy do naszej dzielnicy. Podsumowując dzielnica fajna, niezła wioska można powiedzieć i to w odległości zaledwie pół godziny pociągiem od ścisłego centrum. Mieszkając tu można by się było całkiem zrelaksować i zapomnieć, że w ogóle jest się w  mieście. A za chwilę kilka zdjęć.

 wybrzeże Sandringham
 ptaki korzystają z wznoszących prądów
 meduza - spora w porównaniu z europejskimi
 perkoz we wzlocie


przezroczysty obwarzanek, nie wiem czy to kijanka meduzy czy jakiś inny obiekt, biolodzy pomóżcie!









mało architektury współczesnej - jedyny przypadek to ten









 i może ten, czyli jachtklub
większość domków wygląda tak, że przychodzi nam się zastanawiać, w którym wieku żyjemy
 majny w akcji - moje ulubione
a to możliwości naszego nowego aparatu - powiększcie zdjęcie a zobaczycie pszczołę;)

sobota, 4 grudnia 2010

Melbourne, Fawkner Park

Melbourne jest miastem zielonym, tego nie udało się ukryć przed systemem odpornościowym M. który prycha i kicha jak nigdy w Szkocji, a w cieplejsze dni lekkie kichanko dopada także mnie. Parków jest sporo, a najbliższy nas mieści się jakieś 200 m w prostej linii od naszego mieszkania. Trzeba tylko przejść przez dość ruchliwą ulicę, a potem zagłębić się w krótką uliczkę, przy której znajduje się szkoła podstawowa i już jesteśmy w parku. Zauważyłam zresztą, że bardzo często i szkoły i przedszkola są położone bezpośrednio przy miejskich terenach zielonych i nie mają własnych boisk czy wybiegów - uczniowe w obowiązkowych mundurkach i kapeluszach wybiegają na zajęcia do parku, gdzie ćwiczą z rękawicami bejsbolowymi, grają w berka lub chowanego, czasem kopią piłkę i zajęcia wuefu nie kojarzą im się z horrorem wyrzucania za siebie piłki lekarskiej lub biegania na 100m na czas...

Nasz park jest dosyć spory, a ja w dniach zwiększonej dyscypilny przemierzam go truchtem. Co rano, potem kąpiel i do roboty czyli szukania tejże. Aleje są na szczęście zacienione, a olbrzymie pola zieleni po deszczu bywają podmokłe, o czym przekonałam się po sporej burzy, kiedy to postanowiłam pójść sobie na skróty. Nigdy więcej. Mamy tu też wielki padok z błockiem, nie widziałam żeby ktokolwiek go używał, ale może w weekendy się zdarza. Na pewno trawniki są używane przez graczy krykieta i bejsbolistów, zresztą trzeba gdzieś rezerwować miejsce, żeby sobie pograć.

Jest też kilka pawilonów, jakieś szalety i kiosk, które chyba właśnie mają zamiar remontować, bo w piątek rozstawiali nasze swojskie toytoyki i grodzili teren. Jest też jakiś obiekt mieszczący restaurację i chyba przedszkole. Place zabaw mamy dwa - jeden dla dzieci małych, chyba 2-3 letnich i drugi dla młodzieży szkolnej. Opisuję to wszystko, bo wydaje mi się, że w projektowaniu terenów zielonych przyjdzie Polsce  gonić Australię jeszcze jakiś czas...Plac zabaw dla maluchów jest wg mnie po prostu genialny, a na dowód zamieszczę kilka zdjęć.

Dla dorosłych i biegaczy park też ma kilka użytecznych parkowych rozwiązań - stoły i ławy do piknikowania zgrupowane ze stołami do barbecue. Wystarczy przycisnąć guzik 6 sekund, by stalowa tacka zaczęła się podgrzewać, a nasze kiełbaski czy szaszłyki przypiekać. W pobliżu  zwykle znajduje się ujęcie wody - i to pitnej - po skończeniu używania wystarczy wylać trochę wody na barbecue i lekko przetrzeć, żeby oczyścić powierzchnię dla kolejnych użytkowników. Ujęcia wody są zresztą na każdym zakończeniu alejki, więc spragniony biegacz może uzupełnić płyny praktycznie w dowolnym momencie. Czasem przy takim ujęciu jest położony spory kamień - przy placu zabaw na przykład - żeby dzieciaki też mogły się napić. A przy jednym zauważyłam miskę dla psa. Niby proste, ale kto w Rzeczpospolitej by na to wpadł, że woda może nieraz uratować komuś życie lub przynajmniej pozwoli uniknąć podłączenia do kroplówki po intensywnym wysiłku? W Australii sportowi zawsze towarzyszy woda. Dla każdego, za darmo, w dowolnej ilości.

Kosze na śmieci to osobny temat. Przeważnie mamy ich trzy rodzaje - na śmieci segregowalne, na śmieci zwykłe i na psie kupki z dołączonym plikiem plastikowych torebek. Kara za pupila może być bolesna - 200 dolarów. Każdy więc skrzętnie zbiera po swoim psie,a park pachnie zielenią i liśćmi.Ptaki to osobny temat, sporo tu tego towarzystwa. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że polskie słowiki przy tutejszych srokach, drozdach i szpakach mogą się schować pod ziemię. Jak nie wierzycie posłuchajcie tego sroczego śpiewania. Nieźle daje też majna brunatna, trochę się natrudziłam, żeby rozszyfrować co to za gatunek, ale oto proszę: majna w akcji.

No to teraz moje zdjęcia:

majna na drucie, zwykle działa w parze, jest dosyć bezczelna i bardzo utalentowana muzycznie
 nasz park - tablica informacyjna - skromnie acz elegancko
 jedna z zadrzewionych alej i zieloności morze
plac zabaw dla maluchów, piaskownica, schodki wszystko w skali mini - w oddali klub seniora
Edison przez pięć minut odstawiał przede mną show na lustrzanej kuli, ojciec mówił, że ma to po matce, nie wiem jak to interpretować...
kule, lutrzana oczywiście wzbudza największe emocje
 mamusie mają wygodne siedzonka
a dla bobasów pochylnia z wpustami na małe stopki, zielone kule z krainy teletubisiów










kule z nadrukiem liści drzew, pod którymi się znajdują
srebrna kula, na którą można się wdrapać i swobodnie spaśc po drugiej stronie
 wejście - wyjście do placu zabaw
 stanowiska do pichcenia
 i do jedzenia - stal nierdzewna i drewno
 wodopój dla pana i psa
zachód słońca gdzieś nad morzem, a my w centrum ;(

środa, 1 grudnia 2010

Melbourne, znowu architektura

Drodzy Czytelnicy, przepraszam, bo może jestem nudna, ale tak się składa, że i mój konik i zawód skazują mnie na ciągła fascynację tutejszą zabudową jednorodzinną i nieco mniejszą wielorodzinną. Współczesne domy jednorodzinne są tu bardzo ciekawe, ambitne, z niezłym zestawianiem materiałów, form, niespodziewanych przejść i dramatycznych otwarć. To lubię i tego mam pełno w najbliższej okolicy czyli w promieniu 500m.

W zabudowie wielorodzinnej zdarzyło się tu nawalić kilka klocków w latach 70. ubiegłego wieku, a obecnie wielkie firmy deweloperskie specjalizują się w wysokich apartamentowcach z tarasami, wspólnymi basenami i siłowniami oraz fatalnymi mieszkaniami dziuplami, których spodziewalibyśmy się raczej w Hongkongu lub innym Kualalumpur. Ale może o tym kiedy indziej, przejdźmy do przyjemnego tematu domków i domeczków.

to nie slumsy, to dzielnica w której przeciętny domek kosztuje powyżej $ 1M
 biel + błękit + ciekawa geometria
żaluzje to ulubiony motyw i jakże praktyczny przy tym słońcu
 dom i jego adres
przeciętny plac budowy - szerokość 6m, kibel i wykop
to nasz bezpośredni sąsiad z prawej - od podwórka
 tenże od ulicy
przeciętny dom z nieprzeciętnym doświetleniem

poniedziałek, 29 listopada 2010

Melbourne, architektonicznie

Dziś będzie mało tekstu, za to więcej zdjęć z naszej okolicy, gdzie spomiędzy małych wiktoriańskich domeczków wyrastają współczesne, całkiem smaczne domki, wille i tym podobne. Działki są małe, szerokość na ogół 6,5m, odległość od granicy =0, a w gorszych wypadkach 90cm - zgodnie z prawem. Nasze 4m wynikające z przesłaniania i ochrony pożarowej poniekąd tu nie mają zastosowania, słońca jest wszędzie za dużo, a co do pożarów- mamy czujki dymu, hydranty i takie tam. Miłego oglądania!









niedziela, 28 listopada 2010

Melbourne, trochę zieleni

Wracając do refleksji pogodowych w naszym mieście, bywa tak, że przez 2 dni jest gęsty upał z powiewami prosto z ulicznego piekarnika, po czym zmienia się front i trzy dni pada. Zaczyna się od mżawki, która przechodzi w serię burz z grzmotami, potem są ulewy przerywane kapuśniaczkiem, a na koniec znowu mżawka i lekki chłodny wiatr. Taki właśnie był ostatni weekend, ale my doświadczeni Szkocją nie ulegliśmy pokusie zostania na chacie i udaliśmy się na planowane barbecue. W sobotę byliśmy umówieni z Izą i Darkiem nad jeziorem w Albert Parku. Około 14, co w naszym wypadku okazało się być 14.40, bo w jakimś stuporze wybraliśmy dłuższą drogę. Ponadto M. przepakowywał moje pakunki po swojemu, a sałatkę i tak musiałam nieść w pionie, bo nasze wszystkie sprytne kuchenne pojemniki jeszcze płyną i przechodzą kwarantannę.

Ale co wynika z tej zmiennej pogody i sporych opadów? Oczywiście niezwykle bujna roślinność, którą mamy przyjemność podziwiać od rana do wieczora za naszymi oknami i na każdym kroku, jak tylko opuścimy chatę. Jest tu naprawdę pięknie pod tym względem i jak ktoś lubi tarzać się w zieloności, a nie ma uczulenia na pyłki, to Melbourne jest miejscem idealnym. A teraz kilka fotek z Ogrodu Botanicznego, który jest otwarty od poranku do zmroku, w którym jest wydzielona ścieżka edukacyjna dla dzieciaków, za wstęp nie płaci się ani pensa, a w soboty i niedziele jest zapełniony piknikującymi rodzinami i grupami przyjaciół i nikt się nie czepia o deptanie trawników!


 nieznany gatunek
 to drzewo posadzono w 1879 roku
palmowy zagajnik









 zwróćcie uwagę na ptaka wyjadającego nektar z kwiatostanów
czarne łabędzie - miejscowe zastępstwo dla naszych białych
nie ma to jak dobrze się zakorzenić